TEMI-Tydzień Brzeski: Świecił niemo księżyc
Image
 
Szukali miejsca. Wóz toczył się leśną drogą, a oni wypatrywali. W końcu znaleźli. Wokół rosły wysokie sosny, a później teren był pofałdowany. Nawet nie szkodziło, że to prawie skraj lasu… Dla nich to nawet nie musiał być grób. Chcieli się pozbyć ładunku z wozów.
Dwóch albo trzech niemieckich żandarmów. Jeden nazywał się Wiktor Henschke. I siedmiu albo piętnastu Polaków z posterunku w Borzęcinie. Wśród nich komendant policji granatowej Konarski oraz niejacy Zgłobicz i Kukliński. Pojechali do lasu dwoma furmankami, powożonymi przez miejscowych chłopów - Józefa Kołodzieja i Franciszka Klisiewicza. Tam już czekali...
Czas zaciera pamięć. Wozów drabiniastych z Cyganami miało być według Józefa Siuduta i Zofii Kilian dwa. Józef Kołodziej zapamiętał trzy. Obaj mężczyźni zgadzali się jedynie co do liczby pasażerów - około trzydziestu. Drzewa widzieli różne. - W 1939 roku wykarczowano tam las, był zrąb. W 1940 sadziliśmy sadzonki na wiosnę. To była taka młódź dwuletnia - opisuje Siudut. - Las sosnowy mógł mieć czterdzieści, pięćdziesiąt lat. Był gęsty i wysoki - przekonuje Kołodziej. - Las wtedy wyglądał inaczej. Częściowo był to młodnik, nieco  dalej starszy,  a   w innym miejscu już rosły duże drzewa - godziła sprzeczności w swoim wspomnieniu z 2007 roku Zofia Kilian. Jej słowa spisał historyk Lucjan Kołodziejski.
- Nie widziałam nikogo ,policjantów nie było. Niemcy mieli ręczne karabiny - relacjonowała kobieta, która wtedy miała sześć lat.
Mężczyźni twierdzili co innego. Według nich Niemcy mieli automaty, Polacy ręczne karabiny. Ci z wozów mieli dzieci na rękach. Sześciomiesięczne niemowlę jeszcze ssało pierś mamy.

Jakieś chudziny
- Myśmy stali na drodze, może 100 metrów od tego miejsca, ja byłem ciekawy, więc poleciałem i między drzewami ukryłem się. Czekałem, co się będzie działo. Byłem jakieś 30 metrów od tego, bardzo blisko byłem... - Józef Kołodziej swoje świadectwo złożył 66 lat po tym popołudniu, kiedy było gorąco, a żniwa w pełni. Słońce piekło i powoli chyliło się ku horyzontowi.
Był rok 1942, lato, a Kołodziej popatrywał z ukrycia. Kiedy w 2008 roku historyk wypytywał go o wydarzenia z lasu, pominął szczegóły. - Ukryty leżałem za drzewem, a oni zajęci byli tym strzelaniem. Widziałem dokładnie wszystko - potwierdził słuchającemu, by całą opowieść ścisnąć w niewielu słowach: - Otoczyli Cyganów wkoło. Rozstrzeliwani stali, w tym dołku, a oni strzelali. Kobiety trzymały dzieci na rękach. Oni otworzyli ogień i strzelali do tych Cyganów. Tam były kobiety, dzieci, mężczyźni.
Józef Siudut rozmawiał z historykiem spokojniej. - Kazali się im wszystkim kłaść głową do ziemi. Jak im kazali się kłaść, to wszyscy krzyczeli. Jeden się nie położył, uciekał. Niemiec z pistoletu dwa strzały oddał, ale go nie trafił - już na początku przypominał o ocalałym. - Grubszy Niemiec szedł i po kolei strzelał - opisywał metodyczną egzekucję, wykonaną przez Henschkego. - Zabił trzech dorosłych mężczyzn, pięć kobiet i dwadzieścia jeden dzieci. Te dzieci to miały taki różny wiek. Najmłodsze matka na ręce trzymała, pierś ssało. Mogło mieć jakieś sześć miesięcy. Matka jego gruba była, mogła mieć 45 lat. Reszta to były takie jakieś chudziny. Te dzieci takie małe, może które miało 12 lat. Wszystko wystrzelali - kończył świadek.



Poprawił strzał
To nie musiał być ten las. - Chcieli ich strzelać nad Kisieliną między Wolą Radłowską a Wał Rudą. Tam ludzie się zebrali. Błagali tych policjantów i Niemców, aby nie strzelali tam. By wzięli I ich do lasu - zapamiętał krążące wśród okolicznych mieszkańców opowieści Józef Siudut. Dlaczego nie chcieli romskich ciał w swojej ziemi? Tego już historykowi z Borzęcina nie wyjaśnił.
Panowie życia i śmierci nie grzebali ofiar. Przyprowadzili - i znów plączą się relacje - synów gajowego Antka i Pawła Rębaczów albo ojca i syna. Na pewno jednak przyszli z łopatami, bo furmani ich nie mieli. - Kazali nam szybko dołek kopać, bo nas tak samo szlag trafi jak tych Cyganów, jak nie będziemy się uwijać - Józef Siudut wspominał strach. - Później doprowadzili Edka i Julka Wolnego, dziadka Barana, chyba Józef mu było i Daniela Jasia spod lasu.
Ci już przyszli z łopatami. Pomogli kopać. Później my wszystkich powrzucali, wszystko zawalili. Dołek na 29 osób był dosyć głęboki, około 2 metry. Okazało się, że egzekucja nie zakończyła się. jeszcze po strzelaninie matka kurczowo ściskała dziecko. Wrzucana do dołu, ruszała się, choć na ucieczkę i ocalenie nie było szans. Niemiec poprawił strzał, gdy leżała w ziemi. Czy dziecko jeszcze oddychało? Nie wiadomo. Chłopi z Borzęcina skończyli pracę wieczorem, przy zaawansowanej szarówce. Na zakopany dół przyświecał niemo księżyc...

Nie zapytał o imię
Niemcy i polscy żandarmi pojechali do gospody Jana Kozy w Borzęcinie Dolnym. Pili do rana.
W obu językach przechwalali się mordem. Henschke wyciągnął rewolwer i pokazywał, jak mierzył do kobiet i dzieci. W tym czasie furmani czuwali na wozach. Rano pijanych  zawieźli  na posterunek w Górnym Borzęcinie.
Po dwóch tygodniach na miejscu kaźni pojawił się zbiegły Rom. - Rozmawiałem z tym Cyganem. Nie pytałem, jak się nazywał - wspominał Siudut. Świadek nie uniknął strachu i potem. Najpierw pracował przymusowo, aż aresztowało go gestapo 9 maja 1943 roku. 9 września znalazł się w obozie pracy w Wuppertalu, gdzie w kwietniu 1945 roku znaleźli go Amerykanie.
- Bardzo się bałem w tym lesie. Myślałem, że oni nas tak jak tych Cyganów później zastrzelą - relacjonował po latach. - To był dramat, ja do dziś to widzę. Słyszę krzyki i jęki rannych i mordowanych. Po tylu latach, mnie się widzi, jakby to było miesiąc temu. Z tych wszystkich, co my kopali, nikt nie żyje. Ani jeden...
Józef Leopold Kołodziej walczył w Narodowej Organizacji Wojskowej. Nosił pseudonim „Oracz". Gestapo zabrało go tego samego dnia co Siuduta. Z Tarnowa Niemcy wywieźli go do Auschwitz, a w styczniu 1944 roku do Buchenwaldu. Wrócił do Borzęcina. Przeżycia z lasu odezwały się znowu, kiedy polska prokuratura zaczęła badać zbrodnię z lasu. Zmarł we wrześniu 2009 roku, zanim Cyganie wrócili, żeby uczcić zamordowanych w lesie...

Szczątki zamordowanych w 1959 zostały ekshumowane. Ich zbiorowy grób znajduje się dziś na cmentarzu w Borzęcinie. W miejscu kaźni stał najpierw drewniany krzyż. Co roku zatrzymywał się przy nim, wyruszający spod tarnowskiego muzeum, tabor pamięci. Jego uczestników Polacy przestali nazywać Cyganami. 23 lipca 2011 roku Romowie odsłonili pomnik, autorstwa ich rodaczki, Małgorzaty Mirgi-Tas. Pod monumentem stali Polacy, niemiecki konsul i jego amerykański odpowiednik oraz polscy parlamentarzyści. Józef Siudut jeszcze raz opowiedział o tym, na co brakowało słów. Nad Cygańską Górką świeciło słońce...

IWONA DOJKA
* Tekst powstał na podstawie
relacji świadków spisanych
przez historyka,
Lucjana Kołodziejskiego.